Mikronacje

Moja mikronacyjna biografia

Była zima, gdzieś około 25 stycznia 2006r. Miałem ferie, z nudów przeglądałem sobie strony internetowe. Podczas czytania pewnego forum, natknąłem się na link do bodajże wikipedii, oczywiście z hasłem "mikronacja". Z racji tego, że od zawsze byłem fanem wszelkich gier symulacyjych, zarówno tych wyścigowych jak i tych symulujących życie, postanowiłem rozpocząć swój wirtualny żywot. Pobuszowałem po stronach Sarmacji, Dreamlandu i Scholandii. Z natłoku wszystkich wiadomości, newsów, całej masy linków, nie wiedziałem, gdzie się zatrzymać. Postanowiłem więc, że złoże wnioski pobytowe we wszystkich 3 największych państwach. Pierwsza odpowiedź była z Dreamlandu, zaraz potem z Sarmacji. Znów zacząłem przeglądać wszystkie strony, nie wiedziałem czym się zająć, od czego zacząć. Nadszedł dzień drugi, przyszła odpowiedź ze Scholandii. Równie uradowany jak wcześniej, zacząłem ponownie przeglądać strony Scholandii, zalogowałem się wtedy na swoje "konto", dopiero później dowiedziałem się, że jest to panel obywatela/mieszkańca. Tak do końca nie wiem, dlaczego zostałem w Scholandii, może bardziej podobały mi się strony? Dreamland porzuciłem bardzo szybko - z dnia na dzień. Do Sarmacji wracałem, ale chyba bardziej z braku zajęcia, albo z ciekawości, co tam się dzieje, ale o tym później.

Tak o to stałem się mieszkańcem Królestwa Scholandii. Na chacie udało mi się spotkać ówczesnego Marszałka Parlamentu (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nim jest) Michała Strudzińskiego (później von Liceas). To on mi praktycznie dał pierwsze wskazówki, wskazał jak sie zachowywać wobec innych, od czego zacząć. Był także moim pierwszym wirtualnym przyjacielem. Pożyczał pieniądze (zawsze oddawałem :) ), dawał rady, pomógł się zapisać na LD - listę dyskusyjna - jedno z najważniejszych miejsc w państwie, gdzie toczy się życie.

Od razu przystąpiłem do zdania matury. Tutaj odpowiedź była trochę szybsza, na szczęście. Matura zdana - co dalej? Ano dalej sobie chodzę po stronach i chodzę. O, wojsko! Przecież ja zawsze lubiłem wojsko (to przez tatę). No więc idziemy do wojska! A, bo bym zapomniał. Po maturze złożyłem od razu podanie o przyjęcie na Wydział Wojskowy Królewskiego Uniwersystetu Scholandzkiego, no i rozpocząłem studia, ale z żóóółwią szybkością ;)

Zapisałem się do Królewskiej Szkoły Podoficerskiej. Tutaj też mail zwrotny przyszedł dosyć szybko. Moim wykładowcą została bardzo miła pani porucznik Bogusia Kalinowska (po paru dniach pani kapitan) - zastępca Komendanta KSP. Pomyślnie przeszedłem przez wszystkie etapy aż do samego końca, gdzie moim wykładowcą został sam Komendant KSP - pan mjr Falklandzki. Wybrałem temat pracy dyplomowej, wstyd mi się przyznać, ale nie pamiętam do końca. Chodziło bodajże o stworzenie stron o samolotach F15, F16 na potrzeby scholandzkiej armii. No, i zostałem sierżantem sztabowym. Wielka radość, 2-3 dni od pojawienia się w państwie mam już pewien prestiż - jestem żołnierzem, sierżantem. Szybko wysłałem wniosek do płk (albo już generała, nie pamiętam) Grzegorza Kwiatkowskiego - ówczesnego Szefa Sztabu Generalnego, o przyjęcie do służby czynnej. No i zostałem przyjęty. Przydzielono mi bazę - zostałem Pełniącym Obowiązki Komendanta Bazy Marach. Stworzyłem stronę, opracowałem podstrony - dostałem awans na starszego sierżanta sztabowego. Później było trochę gorzej, bo w armii lekka stagnacja, ale ja jednak probówałem coś robić. Byłem aktywny na LD, rozmawiałem z generałem Kwiatkowskim via GG. Później rozpoczęły się prace nad budową systemu wirtualnego doświadczenia. Zostałem łącznikiem pomiędzy Sztabem Generalnym a systemowcami (systemowcem właściwie - Keradem Masterem, twu! on też zmienił nazwisko - księciem Keradem von Porta Regni). Współpraca przebiegała wzorowo, dodatkowo miałem parę swoich pomysłów. Dostałem awans na stopień nadsierżanta. I od tego momentu naprawdę w armii zrobiło się głucho.

W międzyczasie moich awansów w wojsku, przez jednego z kolegów wirtualnych zostałem zaproszony do Państwa Świetlików. To było całkiem co innego niż Scholandia, zero polityki, zero gospodarki, za to duuużo więcej zabawy. Jak mówi wstęp do Insekcika Świetlików:

(a) Państwo Świetlików jest wolnym od brudów świata realnego, v-państwem tworzonym na zasadach określanych przez Świetlika Kontynentu oraz Gabinecik Żuczków.

Zacząłem oczywiście od szkolnictwa, skończyłem Szkołę Podstawową im. Perłowca Malinowca, później Liceum Świetlikokształcące im. Cykadiusza Łąkowego. No i stałem się "bzyczkiem". Następnie jako pierwszy i jedyny (nawet do teraz, niestety) skończyłem "prawo" na Żukczanie Filozofii Skrzydełek i zostałem Cykadkiem Małym. Byłem już także opiekunem Szkoły Podstawowej. W Państwie Świetlików było naprawdę świetnie, tylko było nas straszne mało, a co gorsza jeszcze się wykruszaliśmy. Tutaj poznałem mojego wirtualnego przyjaciela - Kaworu Nagisę - twórcę PŚ, który stał się zresztą później moim, można by rzec, realnym przyjacielem, pomimo że mieszkamy od siebie bardzo dużo kilometrów. Miałem również szczęście poznać go osobiście. W mikroświecie jest to człowiek, którego cenię sobie chyba najbardziej. Wracając do PŚ, zmieniłem później swoje personalia na Harry Częstocyk, z racji tego, aby po pierwsze pasowały do klimatu naszej zabawy (tak, to była i jest zabawa), a po drugie, aby władze scholandzkie nie przyczepiały się do mnie. Kiedy było już naprawdę ciężko (w PŚ), Kaworu wpadł na świetny pomysł, a mianowicie na Triumwirat Erboki. Z założenia miał to być, jak sama nazwa wskazuje, triumwirat, w którego skład wchodziłyby: Państwo Świetlików, Nowa Furlandia, Ziemie Triumwirów i Aerialne Miasto. Osoby, które pracowały nad Erboką to: Kaworu Nagisa, Eryk z Adamas, Bogus de Cubalibre, Szymon Nowicki (dosyć szybko się odłączył, w wyniku sprzeczki z Kaworu i wrócił do Sarmacji), no i także ja dołączyłem po pewnym czasie. Wspomnę jedynie, że cały projekt był tajny, wiedziały o nim tylko osoby, którego tworzyły. Dzięki Erboce poznałem znowu wielu wspaniałych ludzi i nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Wystartowaliśmy 16 października 2006r i trzymamy się świetnie do dziś. Sama Erboka również jest całkiem inna od wszystkich monarchii, których w polskim mikroświecie (a zdaje się, że ogółem w mikroświecie) pełno. Tutaj stworzyłem wiele skryptów ("Poleć stronę", "Biuro pracy", "Zadaj pytanie", "Zgłoś usterkę", "FAQ", "Epopeja" i pare modułów do panelu mieszkańca). Moim dziełem jest także galeria le Tout, no i na pewno jeszcze pare rzeczy, o których najzwyczajniej zapomniałem.

Wróćmy do Sarmacji. Jak pisałem na początku, raz tam na trochę "wróciłem". Hmmm... chyba źle to ująłem. To wracanie polegało na tym, że gdy w Scholandii był okres, w którym nie miałem co robić, to zapisałem się na liste dyskusyjną Sarmacji, z której wypisałem się baardzo szybko. Po prostu nie zniosłem zwyczajów spamerskich Sarmatów, ale złapałem jakąś tam robótke systemową, coś tam klikałem, ale nic konkretnego. Natrafiłem na Kwaziego - Krzysztofa Koniasa, jest i był on szefem sarmackiej PASI (Państwowa Administracja Systemów Informatycznych - chyba :) ). Dzięki niemu moje umiejętności w PHP baardzo urosły. Pisałem pare skryptów dla sarmackiego Syriusza i dzięki temu złapałem troche doświadczenia pod okiem specjalisty, jakim niewątpliwie jest Krzysiek. Przy okazji, nauczyłem się trochę z Pascala (którego jakos nie darze sympatią). Moja znajomość z Kwazim naprawdę dużo mi dała, ale to już koniec mojej przygody z Sarmacją.

Wracamy do Scholandii. Ostatnio skończyłem na moim awansie na nadsierżanta i stagnacji w armii. W międzyczasie właśnie działo się to, co opisałem, w Sarmacji. Zacząłem się co raz bardziej interesować życiem politycznym Królestwa, ale z początku nie byłem jakoś specjalnie skory do jakiegokolwiek udziału. Napisał do mnie Paweł Ryba, z propozycją założenia partii. Po dłuższych zastanowieniach zgodziłem się. Stworzyliśmy LD, dołączył do nas Mat Max. Było nas 3 - trochę mało, tak samo mało było czasu. Zarejestrowaliśmy się jako Komitet Wyborczy Wyborców "Współpraca". Na początku coś tam razem pisaliśmy, później Paweł troszeczkę się od nas odsunął. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy mu się nie chce, czy co innego. Nie chciał sie nam tłumaczyć, więc razem z Matem zaczęliśmy pisać program. Nawet dobrze i szybko nam poszło. Nie znaliśmy się wcześniej, ale ta współpraca dobrze nas zaprzyjaźniła. Jest moim kolejnym wirtualnym przyjacielem, od tamtego czasu rozmawiamy codziennie, na każdy temat. Wybory tuż, tuż, a z Pawłem dalej nie wiadomo, co. Opublikowaliśmy już program na LD, przedstawiliśmy się, odpowiadaliśmy na pytania. Paweł, na szczęście, zgodził się kandydować, bo bez niego byśmy nie mogli. Przyszły wybory, a w ostatniej chwili dołączył do nas Bartholomeo de Franquesnay (czyli Adrian Szkutek, czyli ten, co mnie wciągnął do Państwa Świetlików). Ja się dostałem (miałem chyba 7 głosów), 2 głosy dostał Paweł (naprawdę nie wiem, dlaczego, prawie w ogóle nie odzywał sie na LD w przeciwieństwie do Mata), 1 głos Mat (dlaczego tak mało?) i jeden głos na Adriana. Cóż, tak naprawdę to nie wierzyłem w to, że się dostanę, a jeżeli miałbym się dostać to razem z Matem, tak zakładałem, ale wyszło całkiem inaczej.

Premierem miał zostać mój, również, bardzo dobry przyjaciel - Darek Drążkiewicz. Napisał do mnie i do Mata z propozycją objęcia przeze mnie Ministerstwa Kultury i przez Mata - Ministerstwa Promocji. Obydwaj zgodziliśmy się. No i tak rozpoczęła się nasza polityczna kariera. W Parlamencie zbyt dużo się nie działo. Zgłaszałem raz (twu, nie raz, chyba 3!) jedna poprawke, ale za kazdym razem cos sie nie podobało któremuś z posłów. Proponowałem obrady na chacie, ale też nikomu się nie podobało. Więc w Parlamencie byłem jakby ograniczony. Co robiłem w Ministerstwie? Z początku dosyć dużo, ale z czasem co raz mniej. Dlaczego? Brakło mi po prostu siły na to, by robić cokolwiek dla paru (może pięciu?) osób. Nie miałem już takiej siły, takiego przebicia, takich ambicji. Chyba jedyne, co mi wyszło jako Ministrowi Kultury, to MiniPress, które oczywiście, jak to dzisiaj (niestety) w Scholandii wygląda, szybko upadło.Miłościwie Panujący Król Armin Frederik wynagrodził mnie (podejrzewam, że za "całokształt") tytułem barona.

W międzyczasie mojego gabinecikowania udało mi się skończyc Wydział Wojskowy. Uzyskałem tytuł magistra netowego i stopień podporucznika Sił Zbrojnych Scholandii. Jako już młody oficer, probówałem trochę rozruszać armię. Pisałem wielokrotnie do Szefa Sztabu Generalnego, ale pan general niestety powoli odchodził ze Scholandii. Co prawda, dalej mieszka, ale całkowicie nieaktywny. Postanowiłem napisać do Króla. Tak się złożyło, że akurat pojawił się na jednym z niedzielnych spotkań na chacie. Ustaliliśmy, że napiszę do MSWAiI, który miał mnie awansować i przydzielić funkcję. To też do końca nie wyszło, napisałem więc do generała księcia Filipa von Schwaben - brata Miłościwie Panującego. Król dał generałowi "wolną rękę" w sprawie wojska. No i od czasu mianowania go na Szefa Sztabu Generalnego wszystko ruszyło. Zebrałem grupę oficerów, jednego udało mi się nawet ściągnąc z powrotem do Scholandii, ale niestety na bardzo krótko. Generał założył nową tajną LD armii, wreszcie zaczęło się coś dziać. Powiem, że gdyby nie armia, to prawdopodobnie odszedłbym ze Scholandii, a może i nawet z całego mikroświata. Zostałem awansowany do stopnia kapitana i powierzono mi funkcję Komendanta Szkoły Podoficerskiej. Stałem się również jakby "głównym systemowcem armii". Nasze pierwsze reformy to przede wszystkim wprowadzenie Ochotniczej Służby Rezerwowej, uregulowanie struktury Sił Zbrojnych, aktualizacja stron armii, gruntowna reforma szkolenia w KSP oraz rozpoczecie pracy nad systemem żołnierzy wirtualnych. Dzięki tym reformom szybko awansowało paru żołnierzy, w tym ja do stopnia generała-majora, a także wyniesiony do godności hrabii Nova Vita. Reformy oczywiście jeszcze nieskończone, jest jeszcze dużo do zrobienia. Obecnie pracujemy nad Systemem Wirtualnych Żołnierzy, czyli takich, co są tylko na stronie/w systemie.

No i tak po krótce wygląda mój wirtualny żywot. Nie wiem, czy można go nazwać długim, czy może jeszcze krótkim. W wirtualnym świecie mieszkam sobie 1 rok. No, już teraz trochę więcej.

Jeśli ktoś miałby jakieś pytania, czy cokolwiek, to proszę bardzo - chętnie poopowiadam, a także chętnie wprowadzę w świat mikronacyjny. Mam nadzieję, że obok tych, co twierdzą, że to wszystko nie ma sensu, znajdą sie osoby, których to zainteresuje.

Ciekaw, czy ktokolwiek to przeczytał...?